Chimera, czyli nic nie jest tym, czym się wydaje

W ubiegłym roku wydałam swoją trzecią książkę. Tym razem jest to proza - zbiór opowiadań pt. "Chimera". Cieszy mnie, że książka spotkała się przychylną opinią recenzentów i Czytelników, a nawet wywołała emocje i dyskusje. Bo przecież o to chodzi, gdyż najgorzej dla książki, gdy po jej przeczytaniu nie ma się nic na jej temat do powiedzenia. 

Cieszą mnie też spotkania z Czytelnikami. Ostatnie miało miejsce w Pabianicach, w których spędziłam dzieciństwo i młodość. Może dlatego dwa z siedmiu opowiadań dzieją się właśnie w tym mieście? 

Obok zamieszczam fragment okładki mojej książki, a poniżej fragment opowiadania, którego akcja dzieje się gdzie indziej, mianowicie we Wrocławiu, w 1963 roku podczas ostatniej w Polsce epidemii ospy prawdziwej.

***

Kostropate życie 

Tego roku we Wrocławiu lipiec był ponad miarę gorący. Nie tylko od upału. W mieście szalała zaraza. Zmieniała oblicze miasta i twarze ludzi. Jak wytrawna artystka, malowała na nich strach i niedowierzanie. I krosty – te jawiły się niczym pieczęcie na wyroku: dożywocie czy śmierć? Czarna ospa, do niedawna daleka i obca, teraz bliska i najprawdziwsza z prawdziwych, jak przewodniczka na szlaku zabierała napotkanych na swej drodze ludzi. Profesor, robotnik, pijak, abstynent, brudny, czysty – wszyscy bez wyjątku mogli spotkać się z nią i ze sobą nawzajem, jak nigdy wcześniej. To ona rozdzielała bliskich, a łączyła obcych. Ona wyznaczała kategorie: zdrowy, podejrzany, chory, trup.

Kilka dni temu ksiądz Marek dołączył do podejrzanych i trafił do izolatorium. Na kwarantannę. Jak Bóg da i lekarze też dadzą radę, to po trzech tygodniach opuści na własnych nogach to otoczone murem i kordonem milicji miejsce odosobnienia. Jak ktoś zawiedzie, to pójdzie dalej: do szpitala albo na cmentarz. Teraz ospa wyznaczała kierunek. A jeszcze nie tak dawno to on był jak drogowskaz i wskazywał grzesznikom drogę nawrócenia. Choroba jednak zmienia ludzi – myślał, patrząc na przebywających w izolatorium i słuchając ich rozmów. Tak z bliska, nie przez kratę konfesjonału. Jakież kostropate jest to życie. I jakie prawdziwe.
Choć w mieście grasowała ospa, on sam, aż dotąd, nie myślał o niej wiele. Jako kapłan robił, co trzeba było robić. I tak od piętnastu lat. Gdy kilka dni temu został poproszony przez starego Karbowiaka o namaszczenie dla chorej żony – nie zdziwił się. Kobieta męczyła się od miesięcy, gasła. Niedawno wyszła ze szpitala i nie chciała tam wracać. Jak nadchodzi śmierć – mówiła, to żaden lekarz nie pomoże, tylko ksiądz. Więc poszedł do niej.
W pokoju, gdzie leżała kobieta, panował mrok. Pozaciągane, ciężkie i ciemne zasłony nie przepuszczały dziennego światła. Na stole stał krzyż i świeca. Jej nikły płomień wydobywał z mroku przygarbioną postać Karbowiaka. Oj, boi się chłop, że jak mu żona zemrze, to on sam zostanie – pomyślał ksiądz Marek i przystąpił do sakramentu.
Gdy kobieta z twarzą zwróconą do ściany wyszeptała grzechy, ksiądz Marek, odmawiając modlitwę, pochylił się ku niej, by namaścić olejem. Gdy dotknął jej czoła, kobieta odwróciła się nagle. Ksiądz Marek zamarł. Twarz umierającej była cała pokryta krostami. Ospa – pomyślał. A jednak dokończył znak krzyża i modlitwę. Ospa nie może przecież stać się dla kobiety przeszkodą do zbawienia.
– Ma pan telefon i gazetę? – zapytał po wszystkim Karbowiaka. – Mężczyzna skinął głową w kierunku komody.
Obok czarnej skrzynki aparatu leżała rozłożona gazeta. W niej zakreślony na czerwono numer telefonu. Do sanepidu. Karbowiak pewnie chciał zadzwonić, ale mu żona nie dała – pomyślał ksiądz Marek i wykręcił numer. A potem Karbowiak trafił do szpitala – był już chory. Karbowiakowa na cmentarz. Nawrócona. A ksiądz Marek, jako podejrzany z pierwszego kontaktu, do izolatorium.

*

Leżąc tu teraz nocą, na łóżku pod oknem, spoglądał w jej otchłań i rozmyślał.
Ale nie tylko on nie mógł spać. W pokoju było jeszcze siedem osób. Ciszę od czasu do czasu zakłócało skrzypienie starych łóżek, niespokojnych od przewracających się z boku na bok ciał. Ze ściśniętych piersi co chwila wyrywały się westchnienia. Pozbawione fasonu poduszki tłumiły słowa przekleństw rzucane w pustkę nocy i duszy. Tęsknota za normalnym życiem mieszała się z wściekłością. I strachem. Bo każdego dnia wszyscy zadawali sobie pytania. Czy wyjdę stąd na własnych nogach? A może zapakują mnie w szmaty nasączone chloraminą, zrobią ze mnie kokon i wyniosą pod osłoną nocy w trumnie przez bramę? Albo jeszcze gorzej, może przyjdzie mi się ulotnić przez komin stojącego w ogrodzie starego dezynfektora? Przecież widać, że wydobywa się z niego dym – szeptali.
Choć dezynfektor nie służył do palenia zwłok, jak głosiła plotka, to jego wygląd nasuwał skojarzenia z krematoryjnym piecem. Za dnia starali się nie spoglądać w jego stronę. A w nocy, leżąc w łóżkach, rzucali się niespokojnie pomiędzy rozpaczą a nadzieją.
– Śpi ksiądz? – Z rozmyślań wyrwał księdza Marka ściszony głos Pawlaka. Mężczyzna trafił tu prosto z taksówki – wiózł chorą na ospę do szpitala. Za dnia więcej milczał niż mówił, za to nocą wciągał w rozmowy. Jakby mu było pod osłoną ciemności łatwiej jakiś ciężar z serca zrzucić.
– Nie śpię.
– Ja też nie. Ja, proszę księdza, wierzący to za bardzo nie jestem, ale tak sobie myślę. Po co Panu Bogu te choroby? Dlaczego tak ludzi nimi gnębi? Taka ospa na ten przykład, po co mu ona? – Pawlak na chwilę zawiesił głos. – Przecież jak tak człowieka ta zaraza chwyci, jak go obsypie, to tak mu gębę zmieni, że go sam Pan Bóg nie rozpozna, gdy, nie daj Boże, a może daj Boże, biedak stawi się przed Jego oblicze. Ech, z taką gębą to już chyba tylko do piekła trza iść. Ale ja tam żałuję…
– Dobrze, że żałujesz. Żal za grzechy to dobry początek, by pojednać się z Bogiem – ożywił się ksiądz Marek.
– Ale, proszę księdza, ja tam mojej Jadźki żałuję! Żałuję, że dałem jej odejść. Piłem. Głupi byłem. A kobita z niej, jak się patrzy, wszystko na swoim miejscu ma, tylko brać – mówił rozmarzony Pawlak. – No, ten tego, ksiądz to może nie bardzo jednak coś o tym wie. No, ale ksiądz przecie to też chłop, nie? 
– Czystość ślubowałem, panie Pawlak. Czystość.
– A co? A baba to brudna jest, czy co? – obruszył się Pawlak. – Moja Jadźka to czyściutka taka, że aż miło. Ale ona chciała tylko, bym tyle nie pił i czułe słówka szeptał. A przecie chłop musi wypić i nie od gadania jest, ale od roboty. Ale teraz tęskno, oj, tęskno… – Pawlak poruszył się niespokojnie w łóżku i westchnął.
W pokoju nastała cisza. Gdzieś w oddali pod osłoną nocy szczekał pies. 
– Nie jest dobrze człowiekowi samemu, gdy nie może baby obłapić, przycisnąć tak od serca. Niedobrze, jakby martwy już był… – westchnął po chwili ponuro Pawlak i zamilkł. Jakby martwy… – powtórzył w myślach ksiądz Marek i znużony rozmową zasnął. 

(fragment "Chimery", wszelkie prawa zastrzeżone) 


*** 

Oczywiście zachęcam do przeczytania całej książki, którą można jeszcze nabyć tu: "Chimera".


Komentarze

Popularne posty